wtorek, 10 lipca 2007
Długo nie pisałam. Kiedy patrzę na ostatni wpis datowany na 10 czerwca, to aż mi się nie chce wierzyć, że minął cały miesiąc :o A wydawałoby się, że to taka prosta sprawa: codziennie napisac kilka słów... Może i tak, ale nie wtedy, kiedy prawie całą uwagę pochłania niejaki Dziamdziak :) Cały miesiąc w życiu tak młodego człowieka to ho ho ho a może i dłużej :) Tyle się przecież może zdarzyć. No i się zdarzyło, bo Dziamdziaczek zaczął chodzić :D I to przed ukonczeniem 11 miesiąca. Dokładnie trudno stwierdzić kiedy postawił pierwszy krok, bo nas najprawdopodobniej przy tym nie było :( Znaczy się, już w czerwcu widziałam próby puszczania się i stawiania kroczku, ale były bardzo nieporadne i kończyły się "bam" na pupę. Gdzies pod koniec czerwca Piotruś zaczął się wypuszczać na 2-3 kroki bez trzymanki, aż do momentu kiedy przeszło tydzień temu zrobił samodzielnie 5 kroków :) Od tego momentu chodzenie na czworakach jest już niefajne ;) Dziamdziak katuje swoje nózie i kręgosłup całymi dniami, jakby nie mogąc się nacieszyć, że potrafi sam chodzić :) A ile przy tym śmiechu i zbawy :D Upadki na pupę czy też rączki mu nie straszne. Od razu wstaje i znów rusza przed siebie zanosząc się śmiechem. Chodzenie jest super! Pionizacja Piotrusia ma jeszcze jeden skutek. Sierściuch - do tej pory omijająca raczej szerszym łukiem Dziamdziaczka - zainteresowała się wreszcie tym chodzącym - już - na - dwóch - nogach szczeniakiem państwa. Podbiega do niego, okazuje mu swoją "czułość" liżąc go po twarzy, po czym ucieka ;) Czasami się z nim zderza a wtedy swym cielskiem sprowadza Piotrka do pozycji podłogowej. Ale jest też tak, że przynosi mu piłeczkę, kładzie przed nim i oczekuje, że Dziamdziak zacznie jej rzucać. Na to biedulka musi jeszcze trochę poczekać.
A skoro już mowa o Dziamdziaku, to oprócz rozwoju fizycznego jest też rozwój psychiczny. Wyraźnie widać, że lekko z nim nie będzie, bo ma swój - uparty - charakterek. Pewnie po Mamusi :P Potrafi dac do zrozumienia co mu się podoba a co nie np wygłupy tak, przewijanie nie. Poszerza się też jego słownictwo i nie mówię już o guganiu typu "mamamamama", "tatatatatata" itp, ale o konkretnych słowach używanych w konkretnych sytuacjach. Rządzi głównie "ba!" czyli bam jak coś upada na podłogę, ponieważ Piotruś bardzo lubi rzucać zabawkami (i nie tylko) i patrzeć jak upadają na ziemię. Im więcej przy tym hałasu, tym fajniej ;) A Mama nie robi nic innego tylko cierpliwie podnosi to, co wyrzucone zostało. "Da" - czyli daj, tłumaczyć nie trzeba :) "Me" - czyli Mama. Nie mam pojęcia czemu akurat "me" a nie "mama" lub chociaż skrótowe "ma". Po prostu "me" i koniec :) Są też różnego słowa "ada", "ala", "ela", ale nie wiem co one - oprócz tego, że to damskie imiona - oznaczają. No i jest też "gie?". Wiem, że to pytajnik, ale o co konkretnie pyta, to tylko sam Dziamdziaczek raczy wiedzieć :)
niedziela, 10 czerwca 2007
Basen
Chodzimy z Dziamdziakiem na basen :) Zalecenie pani neurolog, bo Piotrek ma "przetrwały odruch chwytny kończyn dolnych" - fachowa nazwa na przykurczanie i podwijanie paluszków u stópek. Odruch powinien zniknąć kilka miesięcy temu, ale Piotrula widać woli być małą małpką ;) Podwijanie palców trzeba zlikwidować, bo inaczej Młody źle się nauczy chodzić no i stópki będzie miał powykrzywiane. A tego przecież za Chiny Ludowe nie chcemy. Paluszki Piotrka podgięte są ostatnio non stop, zwłaszcza gdy jest czymś mocno podekscytowany :( Chodzimy też na masaże wirowe stópek - ale to się Dziamdziakowi nie podoba, bo trzeba być 15 minut w jednym miejscu i raczej w bezruchu a to stanowczo dla niego za długo. Dlatego wirówka jest "be" i trzeba Mamie zrobić dziką awanturę,najlepiej taką, żeby ktoś przyszedł i zobaczył jak Mama znęca się nad biednym Dziamdziaczkiem :P Ale za to basen jest suuuuper :D Dziś były drugie zajęcia. Piotruś - za pozwoleniem instruktora - dołączył do grupy, która zajęcia rozpoczęła już we wrześniu zeszłego roku. Jest najmniejszym i najmłodszym dzieckiem w grupie, w której dzieciaczki już chodzą samodzielnie (Dziamdziak jeszcze tego nie potrafi), ale to mu nie przeszkadza być bardzo dzielnym i odważnym :) Wody się nie boi, chętnie się pluska razem z Tatą i wykonuje polecenia instruktora/ki. Woda ma za zadanie rozluźnić mięśnie Młodego. Przyjemne z pożytecznym, bo dodatkowo Piotruś oswaja się z wodą i już się nie boi jak ktoś zlewa mu niespodziewanie główkę wodą. On się chyba urodził pływakiem :) Szkoda, że zajęcia już się kończą :( Będą jeszcze tylko jedne a potem przerwa wakacyjna. Zajęcia znów ruszają od września i chcemy Dziamdziaka na nie zapisać. Mama raczej kiepsko pływa, tyle żeby się utrzymac na wodzie i od razu nie utonąć, Tata pływać potrafi, Sierściuch też pływaczką od szczenięcia jest, to i Dziamdziak nie może być gorszy i będzie pływał :)
piątek, 01 czerwca 2007
Latający kur
Śniło mi się, że byłam z Małżonkiem i jeszcze innymi ludźmi na działce. Zabawa, śmichy chichy... Nagle ziemia zaczęła się zapadać i parę osób, w tym mój Małżonek, zniknęło w głębinach. Rzuciłam się odkopywać Małżonka, jednak bez rezultatu. Część ludzi udało się wydobyć z jakichś rur poukrywanych pod ziemią. Liczyłam na to, że i mój ślubny w ten sposób się uratuje, ale na próżno. W śnie zmiana scenerii: jestem w domu, stoję przy kuchennym oknie i opłakuję zaginionego Małżonka. Nagle przychodzi jakiś robotnik, otwiera lodówkę i wyjmuje z niej parówki celem zagrzania ich sobie. Rzucam się na ratunek parówkom ze słowami, że nie może ich zjeść, bo to ulubione parówki mojego męża. Robotnik staje na parapecie i wychyla się przez okno. A za oknem... W górę wzbija się kogut, zawiesza się w locie na wysokości mojego okna (3 piętro) i zaczyna swoje "kukuryku"... Bardzo mnie ciekawi ten latający kur ;)
Małżonek twierdzi, że powinnam pisać bloga, w którym opisywać będę co mi się śniło. Fakt, miewam strasznie zakręcone sny. To może pisać?
Jakiś czas temu pisałam o tym, że znalazłam dziecko. Wczoraj idąc ulicą zauważyłam jak z mieszkania na parterze w pewnej kamienicy wystaje znajoma mi główka dziecka. Na podwórku kilku chłopców woła: "Fabian, no chodź tutaj". Na co odzywa się siedząca obok dziewczynka: "On nie może wyjść na dwór, bo on się kiedyś zgubił i mama mu nie pozwala". Poczułam jakąś ulgę, że mama Fabiana wyniosła jednak z tego zdarzenia wnioski i chłopczyk już bez opieki nie będzie pozostawiany :)
środa, 23 maja 2007
Wszystko się kiedyś kończy...
Jakoś mi dziwnie... Wczoraj w nocy ostatni raz karmiłam Dziamdziaczka piersią. Niby nic wielkiego zakończyć karmienie piersią, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu nastawiałam się na ten moment i psychicznie i fizycznie, stopniowo ograniczając liczbę karmień do jednego dziennie a Piotruś ma już przecież 9,5 miesiąca. Dziś nie było "cyca" tylko butla. Naprawdę nie sądziłam, że będę z tego powodu czuła taką pustkę. Wiem, że moje karmienie Piotrusia piersią miało swoje wzloty i upadki, poczynając od pogryzionych brodawek już w szpitalu, przechodząc przez kryzysy laktacyjne, kiedy to musiałam wspomagać laktację przy pomocy laktatora, kiedy u Dziamdziaka stwierdzono skazę białkową i przeszłam na dietę beznabiałową mimo sugestii lekarki, że powinnam karmić Nutramigenem, kiedy uczyłam pić Dziamdziaka z butli a on nie chciał i ze stresu zaczął mi zanikać pokarm... Wszystko to przetrwałam... a teraz koniec. Kropka. Finito... Nigdy nie uważałam, że się poświęcam dla swojego dziecka, mimo pewnych wyrzeczeń uważałam, że karmienie piersią jest czymś naturalnym, że tak dla Dziamdziaka będzie lepiej. Lubiłam chwile kiedy taki cieplutki zaspany przytulał się do mnie w trakcie ssania. Wiem, że nie powinnam tak serio tego traktować, bo przecież mojego pokarmu było tak mało, że nie starczało już na normalny posiłek, ale jednak jest jakiś żal... że coś się bezpowrotnie kończy, że Dziamdziaczek już nie otworzy dziubka i nie przytuli się do piersi w ten specyficzny sposób. Popłakałam się ciutkę wczoraj. Wiem, że mi przejdzie za kilka dni i będę się cieszyć ze swobody jaką mi daje to, że nie muszę już stosować drakońskiej diety, że mogę jeść wszystko bez obawy, że Młodego wysypie i wysypka będzie mu schodzić przez następny miesiąc. Ale na razie mam lekkiego doła.
czwartek, 17 maja 2007
Rozsądna mama pilnie poszukiwana...
Wczoraj znalazłam... dziecko.
Dzieciak miał na oko 3-4 lata, porządnie ubrany, tylko umorusany od piachu. Odezwała się we mnie matka-polka, wzięłam małego za rączkę i poszliśmy szukać jego mamy. Na początku jeszcze wierzyłam w to, co malec wskazuje i poszliśmy szukać mamy w pewnej kamienicy, gdzie młode kazało mi dzwonić po prawie wszystkich mieszkaniach. Wtedy się zorientowałam, że coś jest nie tak.Jeden pan, do którego zadzwoniłam uświadomił mnie, że nie zna tego dziecka i na pewno ono tutaj nie mieszka. Dziwnie się poczułam W końcu zdecydowałam się zadzwonić na policję i prosić ich o pomoc. Gdy czekałam na radiowóz pojawiły się jakieś dzieci, które stwierdziły, że chyba znają chłopca. A na pytanie czy to one może przed nim uciekały, zaprzeczyły. Chciały mi pokazać gdzie malec mieszka, ale stwierdziłam, że lepiej będzie zaczekać na policję i wtedy oni pokażą policjantom gdzie chłopczyka zawieźć. Po jakichś 20 minutach czekania (policja sie nie spieszy, bo w końcu to tylko zaginione dziecko) zjawiła się zadyszana i zaryczana matka dziecka. Szukała go wszędzie. Jak się okazało - zwiał jej z podwórka, bo ona w domu pilnowała młodszego - miesięcznego dziecka i nie była w stanie zająć się starszym Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wykorzystała całej tej sytuacji do treningu Sierściucha
niedziela, 13 maja 2007
Dziamdziak alpinistą?
Codziennie zaskakuje mnie swoimi umiejętnościami ten mój kochany Dziamdziaczek :) Dziś np. tym, że potrafi się wspinać po schodach :o To, że Dziamdziak zasuwa po podłodze na czworakach z prędkością światła nie jest żadną nowością. Jest w jednym miejscu, a za sekundę już w drugim. Jakby miał wbudowany motorek, który przyspiesza jego przemieszczanie :) Dziś wieczorkiem, tuż przed kąpielą, Dziamdziak eksplorował sobie mieszkanko, powodując nerwicę u Sierściucha, który bardzo bardzo chciał się zdrzemnąć, ale to małe szczenię Państwa wciąż za nim łaziło i spać nie dawało. W trakcie onego raczkowania Dziamdziaczek dotarł do schodów. Popatrzył, pomyślał i ... podniósł nogę, władował ją na stopień, podciągnął się rączką i już był schodek wyżej :o Aaaaaaaa, oczom nie wierzyłam. Zanim do mnie dotarło co się stało, Dziamdziak zaczął pokonywać drugi stopień. Rzuciłam się go asekurować, bo w wyobraźni miałam już obrazek dziecka lecącego na dół i rozbijającego sobie główkę o panele. Dziamdziak asekurowany przez moje ręce dotarł do piątego schodka, szedłby pewnie wyżej, ale wzięłam go na ręce, bo kusić losu nie chciałam. Zastanawiam się skąd u 9-miesięcznego dziecka wykiełkowała myśl, że po schodach można się wspinać? I skąd Dziamdziak wiedział jak się do tego zabrać? Nie byłam świadoma faktu, że w tym wieku niemowlęta potrafią być tak inteligentne i tak kombinujące. Coś mi mówi, że nie będę miała łatwego życia jako Mama Dziamdziaka :D
piątek, 11 maja 2007
Tempora mutantur?
Słucham radia, oglądam telewizję, czytam gazety i nie dowierzam swoim zmysłom :o W jakim ja kraju żyję? Wiem, wiem IV Rzeczpospolita. Państwo, w którym faktami się dowolnie manipuluje, a prawdę nagina do woli, wg. pokrętnego widzimisię :/ IV Rzeczpospolita Prawa i Sprawiedliwości wg Braci K. Wiem, że zrobię wszystko aby wychować - wbrew temu co się dzieje - Dziamdziaka na dobrego, prawego człowieka z zasadami. Dobrze, że Dziamdziak smacznie śpi i nie ma pojęcia, o moich postanowieniach :) Słodkich snów kochanie :)
czwartek, 10 maja 2007
Uprzejmie...
... informuję, że w Posen pogoda iście łóżkowo-barowa. Niestety z wcześniej wymienionych dobrodziejstw nie mam mozliwości skorzystania jako że w pracy jestem. Ekhm, ekhm... Nie wiem, czy pogoda ma jakiś wpływ na złośliwość przedmiotów martwych, ale Budzik w Komóreczce postanowił dziś zastrajkować i nie zadzwonić. Gdyby nie Dziamdziak, który zażądał cyca na dzień dobry pewnikiem bym mocno zaspała. A tak to tylko troszkę ;) Idąc do pracy znalazłam na chodniku cały 1 grosz :) Myślę, że to na szczęście :) Czy ktoś mógłby wyłączyć deszcz i włączyć słońce? Z góry dziękuję. |